Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/24

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— To bagatelka. W tym roku owoce ogromnie u nas obrodziły, Andzia robi zapasy na zimę, a dowiedziwszy się, że mam dziś być w mieście, prosiła, żebym zawiózł parę słoików dla cioci.
— Andzia robi zapasy na zimę?
— Cóż dziwnego? Z roku na rok to się powtarza.
— Na zimę?
Pan Stanisław spojrzał na ciotkę, nie rozumiejąc pytania.
— To jest... nie... — rzekła — myślałam w tej chwili o czem innem i być może, że... powiedz-że mi po co przyjechałeś do miasta?
— Mam dużo interesów do załatwienia, muszę zrobić niektóre sprawunku dla domu, widzieć się z adwokatem... być w sądzie...
— Aha, w sądzie. Sprawę zapewne masz?
— Nie, muszę tylko zebrać pewne informacye, dotyczące majątku małoletnich sierot po panu Anzelmie, zapewne znała go cioteczka?
— Znałam, ale cóż ty masz z jego sierotami wspólnego?
— Jestem członkiem rady familijnej, w tych dniach odbędzie sie pierwsze posiedzenie, więc muszę mieć dokładne wiadomości o stanie majątku. Przejrzę księgę hypoteczną, załatwię sprawunki i za dwie godziny wracam do domu. Ale też cioci stangret rzeczywiście marudzi, dotychczas jeszcze nie zajechał.