Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/23

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


będzie usiłował ciotkę wzruszyć, przemawiać do jej serca, w imieniu rodziny zagrożonej utratą bytu; była pewna, że przyjechał specyalnie po to, tymczasem widzi go uśmiechniętym i wesołym, jak zawsze. Tak przecież nie wygląda człowiek stojący nad brzegiem przepaści.
Pan Stanisław zbliżył się do ciotki i złożył na jej ręku pocałunek.
— Witam kochaną cioteczkę — rzekł — jakże się ciocia miewa?
— Nie szczególnie, bardzo nieszczególnie. Czy można mieć się dobrze w moim wieku?...
— Może ciocia zajęta? może w czem przeszkodziłem?
— E nie... wybierałam się co prawda do kościoła, a ten moj niedołęga Jacek nie może się z zaprzęganiem wyguzdrać.
— Cioteczko, moje konie stoją przed domem.
— Kłaniam uniżenie, jeszcze miłe mi są resztki życia.
— Ależ konie spokojne, jak dzieci.
— Pamiętam ja cię dzieckiem... Z zasady cudzymi końmi nie jeżdżę, o wypadek nie trudno, nie mam ochoty narażać zdrowia.
— Jak ciocia chce... Ja na krótko wpadłem, tylko aby ciocię odwiedzić i doręczyć konfitury od mojej Andzi. Podobno mają być doskonałe.
— Potrzebnie też robiła sobie taki kłopot.