Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/211

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

korzystać z okazyi, wziąć odstępne za swoje sekretne małżeństwo, morduje Tybalta, przebija go na durch! Ładny interes! Dostał za to „pobyt“. Czy to kara? On tam znowuż kogo zamorduje. Gdzie to się dzieje? W jakim kraju? W jakiem mieście? Co zadzicy ludzie! Czy można się mordować na ulicy w biały dzień? Gdzie stójkowy? A głównie dlaczego ja mam na to patrzeć? ja, który chcę się śmiać, chcę się leczyć śmiechem. Ładna będzie moja wątroba... po takiej wesołości!
— Boleś, przecie to wszystko jest tylko udanie.
— Papo, zabity Tybalt wychodzi żywy na scenę, kłaniał się, Romeo też.
— Boleś, ty potrzebujesz rozumieć, że to fikcyjny interes, symulacya...
Pan B. M. Silberbaum zaczerwienił się po same czoło.
— Więc co wy chcecie? Czy żeby oni naprawdę się zarzynali w mojej obecności, żebym ja patrzył na prawdziwą krew, na prawdziwe trupy i jeszcze żebym za to płacił? Ja przepraszam, ale dziękuję za takie szczęście. Mnie od tych symulacyj jest słabo, a żebym zobaczył naprawdę taką awanturę, tobym umarł. Nie, nie, Róziu, kto ci powiedział, że ta sztuka jest piękna, niech dostanie kolki, a kto cię nauczył, że wesoła, niech w swojem życiu wesołości nie zobaczy.
— Boleś, ty zostaniesz?