Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/212

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

— Papa się cokolwiek poświęci, bo my jesteśmy niezmiernie ciekawe, co będzie dalej.
— Ja wszystko dla was robię, ja zostanę, może mi już nie będą pokazywali szlachtuza, te rzeźniki!...

. . . . . . . . . . . . . . . . . .

— No, widzisz, widzisz, Felciu, przypatrz się, ja już nic nie mówię; sądź sama. Czy to jest sens? Czy ta Julia nie jest waryatka? Ona wypiła truciznę, jak różany likier, jak wodę sodową, wypiła i myśli, że można się otruć na krótki termin. Na żarty można się otruć, a potem naprawdę ożyć! Kto to słyszał?
— Jej tak powiedzieli, papo, i ona nie miała innego sposobu.
— Głupstwo jest!
— Boleś, nieraz bywa zdarzenie, jak doktorzy robią komu reperacyę, uśpią go, on nic nie czuje, a później obudzi się. Ja myślę, że to jest podobne.
— Obudzi się! a jaka na to gwarancya? Gdzie ewikcya, że się obudzi? Na jakiej kaucyi to oparte? Ja ci powiem, Felciu, włóż ty palec psu w zęby, bo on może nie ukąsi. Włożysz?
— Daj spokój — odparła. — Ja mam kredytować psu palec?
— Ona kredytowała truciźnie. Głowa mnie boli od takich kombinacyj. Jest śmierć w domu, rodzice mają zmartwienie, hrabia Parys też, mamka krzyczy, wszyscy płaczą, tyle kosztu na wesele zmarnowano, zadatek u mu-