Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/210

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

dom. Ja miarkuję, że Romeo też chce zrobić taki geszefcik. Ciekawy jestem, ile zażąda od starego Kapuleta za swój rozwód? Mnie się zdaje, że mógłby grubo pociągnąć, bo i hrabia Parys jest zapalony i z pewnością da kilka tysięcy bez targu.

. . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Oj, Felciu, kochana Felciu, ja nie wytrzymam. Ja muszę iść do domu, mnie się robi niedobrze!
— Boleś, to nie koniec!
— Papo, jeszcze dwa akty! Czy papa nie zapłacił za cały wieczór? Czy w kasie zwrócą za ten kawałek, co do końca brakuje?
— Ja pójdę, ja nie mogę siedzieć dłużej.
— Boleś, ty potrzebujesz nie iść. Patrz, wszyscy panowie siedzą i wszystkie panie siedzą. Nikt się nie rusza, do czego podobne, żebyśmy wychodzili?
— To nie modnie, papo... Nie elegancko.
— Boleś, ty dla nas zostań. Pamiętaj, że obiecałeś teatr, a chcesz nam dać tylko troszeczkę teatru. Gdzie twoje słowo?
— Niech dyabli wezmą cały teatr! Czy to przyjemnie patrzeć na awanturę, jak się kaleczą i zarzynają? Taki Merkucio, taki młody, zdrów, czerwony chłopak; jego kaleczą jego zarzynają, jego kolą! Taki Tybalt, łobuz, to prawda, ryzykant, waryat, do każdego się rzuca ze swoim szpikulcem, ale i jego szkoda, on też potrzebuje żyć. Romeo gałgan, zamiast