Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/20

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


najadłem się, że ledwie chodzę, a na kolacyę będą kluski z mlekiem...
— I puściliście go państwo? — zapytał Dulski.
— Po naradzie, puściliśmy. Mąż powiedział, że wszystko jedno: i tak i tak nic z chłopaka nie będzie, niech przynajmniej pracuje, a ja będę miał na niego oko. Co państwo powiecie; był u tego szewca przez dwa lata, a potem już do skończenia szkół miał kondycyę u zamożnego ślusarza.
— Więc skończył jednak szkoły? — spytała panna Eugenia.
— Moja duszko — odrzekła pani Adamowa z westchnieniem, — taki łobuz po drzewach łaził, jak robak, dlaczegoby przez szkoły nie miał przeleźć? Przyznać muszę, że od czasu, gdy się do szewca wyprowadził, oprócz niepokoju, nie kosztował nas wiele. Tyle, że czasem w święto przyszedł na obiad, lub na herbatę, i to tylko, gdy był zaproszony. Po skończeniu szkół, zniknął nam z oczu, tyleśmy tylko wiedzieli, że jest w praktyce gospodarskiej.
— A wiem, wiem — rzekł pan Dulski, — w Okrętkach... pamiętam... chwalili go tam, i właśnie stamtąd dostał się do Wodnicy na rządcę...
— I tam zrobił największe głupstwo, jakie można zrobić — ożenił się...
— Czy to głupstwo? — spytała panna Eugenia.
— Jeżeli biedak bierze panienkę nie mającą nic, prócz ładnej buzi...