Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/19

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


było wydrukowane: „Różdżką Duch Święty dziateczki bić radzi...“
Starsze panie kiwały głowami, podzielając oburzenie ciotki, jedna tylko panna Eugenia śmiała się i wyraziła zdanie, że lubi takich łobuzów, gdyż są bardzo zabawni.
— Ach duszko, boś jeszcze młoda i niedoświadczona. My mieliśmy krzyż pański z tym dzieciakiem... Mąż wówczas oddał go do mojej siostry Ireny, której mąż Wincenty był nader energiczny i surowy. Chłopak chodził do szkół; po roku, znowuż wrócił do nas i znów był blizko rok. Nareszcie, z piętnaście lat miał wówczas, przychodzi jednego dnia i powiada: — Kochana cioteczko dziękuję za wszystko dobre, i wyprowadzam się jutro... — Dokąd? Oszalałeś chyba? — A, mówi, wyprowadzam się na przedmieście, do szewca.
— Do szewca?
— Tak panie, tak... Wiem, mówi, że wujostwu ciężko, bo chleb teraz drogi, a mięso ciągle drożeje, zaś szewc daje mi pyszny pokój na poddaszu, śniadanie, obiad, kolacyę, wszelkie wygody... — ale za co, wołam, za co? — Szewckie dzieci mam uczyć... — Ty próżniaku!? — Ja cioteczko, powiada. Szewc śliczny, mówi, czerwony jak pomidor, szewcowa jeszcze czerwieńsza, a szewczyków jest dwóch... Ja już tam dziś obiad jadłem. — Cóż ci dali? pytam, bo mnie to zaciekawiło. — Pyszne jedzenie, powiada, kapuśniak na boczku i groch;