Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/18

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Z pół roku zapewne.
— Ale skąd?! W dwa miesiące z porządnego, eleganckiego nawet ubrania, zrobiły się łachy, gałgany, strzępki, szarpie! A co ja mu nagadałam, dając mu ten śliczny strój... Chodź ostrożnie, siadaj uważnie, strzeż się plam, jak ognia; pamiętaj, żeś sierota, że trzeba dar wuja szanować, że kamizelka ani surdut z nieba ci na głowę nie spadnie... przemawiałam, nie jak ciotka, ale jak rodzona matka... Tymczasem kochany Stasieczek jednem uchem słuchał drugiem wypuszczał, i tego samego dnia jeszcze był na wierzchołku lipy, wpadł w dół po glinie, jeździł na jakimś białym koniu, z którego wszystką sierć zabrał na ubranie, tarzał się z psami w piasku, i później z drugim podobnym sobie łobuzem, bawił się w Izraelitów przechodzących przez Morze Czerwone...
— A to znów co nowego? — zapytał pan Dulski — ja takiej zabawki nie praktykowałem za młodych lat, aczkolwiek przyznaję, że do wszelkich psich figlów byłem pierwszy majster...
— Była kałuża pokryta rdzawą pleśnią, i oni przez nią przechodzili.
— Pyszny chłopak! Uściskałbym go za to!
— I myśmy go oboje, z moim nieboszczykiem mężem uściskali — rzekła z ciężkiem westchnieniem pani Adamowa — przykra to rzecz, na sierotę rękę podnosić, ale dla jego dobra. Za moich czasów w każdym elementarzu