Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/21

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Pani Stasiowa dziś jeszcze piękna kobieta jest — rzekł Dulski, — w okolicy ładniejszej nie masz. To trzeba przyznać, a dziateczkom też nic nie brak; chłopak jak krzemień, dziewczynki istne kwiatuszki.
— No, znam przecież — ładne bo ładne, ale co je czeka? Ojciec Letkiewicz — cóż im zostawi? A mówiliśmy, perswadowali... i ja i mój mąż... Co to pomogło? Perory wysłuchał, a swoją drogą na wesele zapraszał. Z takim ani w prawo, ani w lewo.
— Ale droga pani — rzekła jedna ze starszych dam, — w jakiż sposób pan Stanisław przyszedł do posiadania Pisanki... Wszakże to jego własność?
— Oczywiście — rzekł pan Dulski, — najlepszy dowód, że własność, skoro go za dwa tygodnie licytują.
Gospodyni domu rzekła:
— Widzi pani, takie szczęście. Wziął spadek po wuju Wincentym, owym surowym, o którym wspomniałam przed chwilą. Nieboszczyk mój mąż dziwił się niesłychanie, jak można wogóle takiemu letkiewiczowi, jak Staś, zapisywać kapitał i to stosunkowo dość znaczny, bo jednak było tego piętnaście tysięcy w listach. Mąż mój chciał się w to wdać, żeby Staś pieniędzy do ręki nie brał, żeby fundusz zdeponować w banku, niechby leżał; ale ten łobuz mego męża w ramię pocałował, niby za radę dziękując, ale dał przy