Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/155

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

— Czyste błoto; cała nadzieja w rowach, pan dziedzic trochę się krzywił gdyśmy te rowy rznęli.
— Bo też kosztowały dość pieniędzy.
— Ale zabiorą dość wody, a to jak dziś, ma swoje grube znaczenie.
— Wiesz pan, że most pod Zagnanką zerwało... poczta nie przyszła, gazet nie ma.
— Słyszałem, właśnie Jasiek opowiadał, ale bo i ten most, z przeproszeniem państwa, na kurzych nogach stał, a nasz pod Wólką się trzyma.
— Choćby armaty prowadzić, jak mur stoi.
— Nie widziałeś dziś kogo z obcych?
— Skąd, panie dziedzicu, pies na taką drogę się nie ruszy. Żyd jakiś wlókł się z miasteczka biedą, noga za nogą, alem nie rozmawiał z nim, bo mnie ten, za przeproszeniem, Lejbuś głowę zaprzątnął.
— Nic a nic nie wiemy, co się na świecie dzieje — rzekła panna Kamilla.
Rządca ramionami wzruszył.
— Małe to nieszczęście — rzekł.
— Ależ wprost przeciwnie, panie, to jest nadzwyczajne, wielkie nieszczęście.
— Przepraszam panią, ale nie rozumiem. O gazety chodzi, o ciekawość. Nie ma ich dziś, to będą za tydzień, nie za tydzień, to za dwa, ale będą. Żadna się w nich odmiana nie zrobi... owszem, będzie od razu więcej do czytania.