Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/156

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

— Pan się na tem nie zna.
— Nie mam też pretensyi. Polityki ciekawy nie jestem, a jak się cały dzień naużeram z chłopami, nałażę po polach, bucham się spać, to jest przepraszam, kładę się i śpię jak zarznięty, nie pytając o to, czy Francuz kocha Niemca, albo czy Anglik godzi się z Włochem. Niech ich siarczyste... to jest niech sobie robią co chcą, a moja rzecz, żeby zboża było dużo, żeby państwo zbierali, dla panny Kamilli, z przeproszeniem, na posag!
— Widzisz, jaki komplemencista — rzekł dziadek.
— Czy panu się zdaje — wtrąciła panna Kamilla — że bez posagu nie mogłabym się podobać?!
— Ale i jak, i jak jeszcze... Tylko widzi pani, najpiękniejsza bułeczka zawsze lepiej smakuje z masłem, aniżeli bez masła...
— Bułeczka! Mógłby pan też ładniejsze porównanie znaleźć.
— Czem chata bogata, proszę pani, tem rada, a swoją drogą niechno tylko woda spadnie to się tak na posag zazieleni, że aż się wszyscy dyabli, to jest chciałem powiedzieć, aż się dusza śmiać będzie...
— Oto jest mądre słowo.
— Wiesz mężu — rzekła babka — śmiej ty się, lub nie... a jednak mój passyans wychodzi...
— Proszę!
— Wychodzi i wyjdzie. Postawiłam go z pewną intencyą.