Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

— Ależ to niepodobna! Czem upozoruję taki krok, z jakiej racyi wystąpię?
— Więc odmawiasz?
— Czyż mogę inaczej odpowiedzieć...
— Zapominasz, co jest między nami...
— Niestety, pamiętam doskonale...
— Szczególna rzecz; pamiętasz, a postępujesz ze mną tak, jak z człowiekiem obcym i obojętnym ci zupełnie. Powtarzam, że dłużej tego znosić nie myślę... albo on, albo ja. Wybieraj, a jak na tem wyjdziesz, domyślasz się sam, tłómaczyć ci nie potrzebuję.
Ojciec panny Jadwigi chciał zyskać na czasie.
— Nie unoś się — rzekł do Millera — bądź spokojny. Ja byłem i jestem dla ciebie najżyczliwszy, zobaczymy się w tych dniach, porozmawiamy i przyjdziemy do porozumienia się.
— Jak ci się podoba; nie widzę potrzeby długich konferencyj; tak albo nie — i dość na tem...
Rzekłszy to stary kawaler zamilkł i nie odzywał się już więcej. Pani Zenobia zapytywała go dlaczego nie ma humoru?
— Szalony ból głowy mnie męczy — odpowiedział — migrena, czy co, widocznie woda mi zaszkodziła, raczej wilgoć...
— Trzebaby coś na to poradzić, mam z sobą wodę kolońską, niech pan natrze skronie...
— Dziękuję pani... Za trzy kwadranse idzie pociąg do Warszawy. Pójdę na stacyę i pojadę do domu... Tak będzie najlepiej.