Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/116

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— A nasza zabawa, a majówka?..
— Trudno, proszę pani — odrzekł z kwaśnym uśmiechem — pierwsze zdrowie... a...
— Koniecznie chcesz wracać? — rzekł ojciec panny Jadwigi.
— Koniecznie.
— Ja cię odprowadzę...
— Jakto? do Warszawy?
— Oczywiście; może ci się w wagonie zrobić gorzej i któż się tobą zaopiekuje?
— Dziękuję za troskliwość... ale nie trudź się...
— To chociaż do stacyi...
— Wszyscy możemy pana odprowadzić — rzekła pani Zenobia — całe towarzystwo.
— Najuprzejmniej dziękuję, ale to zbyteczne i zarazem, jak dla pań, niemożliwe.
— Z powodu?
— Chcąc zdążyć, musimy iść krótszą drogą, na wprost, gdzie miejscami jest mokro, przytem nie brak i rowów. Dla pań to nie droga...
— Tak, tak, pójdziemy we dwóch, Wacławie...
— Bardzo nam przykro — mówiła pani Zenobia — bardzo przykro... mam nadzieję, że wynagrodzimy to sobie innym razem.
Dwaj przyjaciele szybkim krokiem podążyli w stronę stacyi; pani Jarska spojrzała na swoją przyjaciółkę i rzekła:
— Co się temu panu stać mogło?
— Czy ja wiem, moja droga... Może rzeczywiście zachorował, a może obraził się o co?...