Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


to koleżanki z pensyi. Nie widywały się od lat wielu, zeszły wypadkiem...
— Powtarzam, że to mi się nie podoba.
— Dziwny jesteś... Więc cóż mam robić? Zamknąć drzwi przed tak dawną przyjaciółką mojej żony, nie utrzymywać z nią stosunków? Człowieku, pomyśl tylko, czego żądasz?...
— Nie mam nic przeciw matce, ale syn...
— Więc co?
— Jej syn tak mi wygląda, jak gdyby znał się z twoją córką Bóg wie jak dawno, są nawet, jak uważam, na stopie pewnej poufałości.
— Zdaje ci się...
— O, mam ja dobre oko i od razu poznałem, że panna Jadwiga mu sprzyja.
— Widzi go... no, nie wiem, czy piąty raz w życiu...
— Postawmy raz kwestyę jasno — albo twoja córka jest moją narzeczoną, albo nie... No, odpowiedz: niech usłyszę, niech się dowiem, czy byłem przez ciebie traktowany jak przyjaciel, czy też raczyliście sobie ze mnie żartować, proszę o kategoryczną odpowiedź...
— To pytanie mnie dziwi. Znamy się od wielu lat, łączył nas zawsze stosunek przyjaźni bo nie zaprzeczysz chyba, że byłeś moim przyjacielem...
— Jestem nim jeszcze, ale do rzeczy...
— Kiedy wystąpiłeś z propozycyą małżeństwa, przyznam ci się, że wydało mi się to dość dziwnem.