Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

— Ostrożność w żadnym razie nie zawadzi...
Zapanował jakiś przykry przymus i milczenie... Na szczęście, zbliżyły się starsze panie i rozmowa stała się ogólną. Pan Wacław wziął ojca panny Jadwigi pod rękę.
— Zostańmy trochę w tyle — rzekł — mam ci cóś do powiedzenia...
— Słucham.
— Powiedz mi, proszę cię, co to za smyk, który się do nas przyczepił?
— Bardzo dobry i porządny chłopiec. Syn tej pani, która idzie z moją żoną
— Skąd on tu się wziął?
— Przyjechał zapewne statkiem, tak samo jak i my.
— Nie podoba mi się to...
— Wybacz, ale nie mogę mu przecież zabronić, aby bywał w Jabłonnie, jeżeli mu się to podoba.
— Zapewne, ale to spotkanie wygląda jakby umówione.
— Wacławie!
— Nie tłómacz się, bo tak jest.
— Mogę cię zapewnić...
— Mniejsza o to, chciałbym jednak wiedzieć, skąd ta nowa znajomość. Ja u was tyle lat już bywam, a jednak ani tego pana, ani tej pani wcale nie spotykałem...
— To znajomość bardzo, bardzo dawna, teraz zaś odnowiona. Jego matka i moja żona