Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Cóż łatwiejszego, jak przyjść z mamą do nas? Dziś na przykład spotykamy się wypadkiem tylko, a przecież moglibyśmy byli wyjechać wszyscy razem, nawet i w liczniejszem towarzystwie...
— To prawda, ale zamiar dzisiejszej wycieczki powstał niespodziewanie. Wczoraj jeszcze nie wiedziałem, że dziś tu się znajdę, i że będę miał tak miłe spotkanie. Mieliśmy jechać z matką do Skierniewic, na cały dzień, tam mieszkają nasi dobrzy znajomi, ale zawiadomili listownie, że dziś w domu nie będą, więc mama zaproponowała Jabłonnę... Czy pani lubi takie wycieczki?
— Nadzwyczaj — i marzę o nich przez całą zimę, a gdy nadejdzie lato, chciałabym je odbywać co niedziela.
— A więc umówmy się na przyszłą niedzielę... może do Wilanowa...
— Państwo tam będą?
— Wyjechalibyśmy razem i wcześnie. Matka moja przyzwyczajona jest do rannego wstawania...
— W naszym małym światku wszyscy rano wstajemy — rzekła panna Jadwiga.
Pan Wacław przyśpieszył kroku i wtrącił się do rozmowy.
— Panna Jadwiga zmęczy się — rzekł.
— Próżna obawa — odparła, — jestem przyzwyczajona do szybkiego chodzenia.