Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

Antonim tak swobodnie i wesoło, jak gdyby znali się od dawna...
On zapytał jej półgłosem, wskazując wzrokiem na pana Wacława.
— Kto jest ten pan?
— Nazywa się...
— To wiem; ale chciałem wiedzieć czy jaki kuzyn państwa?
— Nie, dawny znajomy rodziców...
— Sądziłem, że wujaszek pani.
— Wolałabym, żeby tak było — odrzekła.
— Dlaczego?
— Dlaczego... albo ja wiem... Zdaje mi się, że dobrze jest mieć wujaszka; zresztą w tej roli byłby może zajmujący, w innych bowiem jest niemiłosiernie nudny...
— A jakież on role ogdrywa?
— E, pan chce wiedzieć za wiele; na co to ciekawość?
— Przepraszam panią, jeżeli to tajemnica, to już nie zapytam więcej...
— Bo widzi pan, on czasem bywa taki śmieszny — ale dajmy mu pokój. Dlaczego pan tak dawno u nas nie był?...
— Wie pani, że tylko w święta jestem wolny i to nie zawsze, a gdy upragnione święto nadejdzie, to przedewszystkiem muszę je matce poświęcić. Ona nacieszyć się jeszcze nie może, z tego, że jesteśmy razem, po tylu latach rozłączenia, więc radaby ciągle mieć mnie przy sobie.