Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Ależ nie.
— Słyszę wyraźnie...
Rzekłszy to, pobiegła do rodziców, dążących w pewnem oddaleniu. Pan Wacław nerwowym ruchem wyrwał jedną różę z bukietu, zmiął ją w ręku, poszarpał na drobne kawałki i rzucił na ziemię... Młoda osoba nie odstępowała już matki ani na krok, rozmowa stała się ogólną.
— Gdzież to śliczne ustronie?
— Za chwilę je pani zobaczy — odrzekł, — jeszcze kilkaset kroków... przekona się pani... że mówiłem prawdę.. O, tędy ścieżką, a następnie na prawo... Zaledwie zwrócili się we wskazanym przez pana Wacława kierunku, pani Zenobia wydała okrzyk radości...
— I ty tutaj?! Mężu! widzisz, pani Jarska z synem...
Zaczęli się witać, pan Wacław zachmurzony, stał na uboczu.
— Pozwólcie państwo — rzekła pani Zenobia, — że was zapoznam z naszym przyjacielem... i kiedyśmy się szczęśliwie tu spotkali, mam nadzieję, że nie rozstaniemy się do wieczora.
Pan Wacław skłonił się pani Jarskiej, a synowi jej podał rękę ozięble; od pierwszego wejrzenia wydał mu się bardzo niesympatycznym.
Panna Jadwiga na widok młodego człowieka rozpromieniła się, od razu odzyskała dobry humor, na ustach jej ukazał się uśmiech, na twarzy wykwitły rumieńce... Rozmawiała z panem