Strona:Klemens Junosza - W głuszy leśnej.djvu/24

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

pani talentu szkoda, nie godzi się marnować go i zagrzebywać. Ja nie ustąpię, dopóki państwo nie zdecydujecie się na krok stanowczy. Wskażę nauczyciela, który z tego głosu fenomen uczyni...
Leśnik, zdumiony, spoglądał na żonę... nie wiedząc, co odpowiedzieć. Niespodziane odkrycia oszołomiło go jakby...
— A cóż pani na to — zapytał artysta, czy nie uśmiecha się pani taka przyszłość?
— Nie — odrzekła.
— Nie wierzę...
— Ja zawsze prawdę mówię, trzeba mi wierzyć, panie.
— Więc pani nie posłucha mojej rady?
— Nie...
— Ależ na Boga, niechże się przynajmniej dowiem dlaczego.
— Musiałabym mówić bardzo dużo, a nie wiem, czyby mnie pan zrozumiał.
— Dlaczego?
— Każdy ma swoje poglądy i swój sposób widzenia rzeczy. Najpierw w głosie moim nic nadzwyczajnego nie widzę... śpiewam, jak mogę i jak umiem.
— Nie, co do tego chyba przyzna mi pani pewną kompetencję. Na Boga! na tem przecie się znam.
— Nie wątpię, ale...
— Co? co?
— No, zna się pan; taki artysta nieznać się nie może, więc chociaż mi się to w głowie nie mieści przyznaję zdaniu pana najzupełniejszą słuszność. Mam głos dobry.
— Mało...
— Dajmy na to, że znakomity, wspaniały, jaki pan chce, tem lepiej dla tego malutkiego kółka, które mnie słucha niekiedy.
— Ja pragnę, żeby panią słuchały jaknajszersze koła, żeby panią podziwiał cały świat...
— Otóż na tym punkcie nie zgodzimy się nigdy.
— Nigdy?
— Tak. Dla mnie światem całym jest moje najbliższe otoczenie, innego znać nie pragnę. Mój maleńki światek wystarcza mi najzupełniej; tu jestem wśród bliskich, wesoła i swobodna tu oddycham pełną piersią, a tam, dokąd pan mnie wołasz, byłoby mi duszno i ciasno.
— Ale pani, czy za nic ważysz rozgłos, bogactwo?...
— Co mi po tem, nie wiem, co ono daje i co dać może... a tu jest mi dobrze zupełnie. Czytałam niegdyś, że szczęście poniekąd od nas samych jest zależne; kto żąda niewiele prędzej je osiągnie, aniżeli ten, kto ma wielkie pragnienia. Zdaje mi się, że to święta prawda...
Wszelkie argumenta artysty były bezowocne... przekonywał, prosił, tłómaczył, dziewczyna pozostała przy swojem.
Miał nadzieję, że przy pomocy siostry i szwagra potrafi ją namówić i odłożył tę sprawę do następnego dnia.
Od samego rana gospodarz z gościem chodzili po lesie; artysta pełną piersią oddychał balsamicznem tchnieniem boru czuł się wzmocnionym na siłach, odmłodzonym niejako. Przed wieczorem odbyli znów wycieczkę na jezioro, do zwalisk, a później, po powrocie do domu, gość brał swoje skrzypce czarodziejskie i przecudne z nich wydobywał tony, a ośmielona pochwałą takiego artysty dzieweczka, śpiewała coraz swobodniej i piękniej. I przeszedł tak dzień i drugi i trzeci i siódmy, gospodarz sta-