Strona:Klemens Junosza - W głuszy leśnej.djvu/25

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

rał się uprzyjemnić gościowi chwile pobytu w głuszy leśnej, a temu znów ciężko było tę głuszę opuścić. Jakiś magnes przyciągał go do niej, zasmakował w tym spokoju i ciszy, czuł się swobodnym, lekkim, odrodzonym. Po nudach wielkich miast, po życiu gorączkowem, ruchliwem, sztucznem do pewnego stopnia, to ustronne schronienie leśnika wydało mu się czemś tak roskosznem, jak oaza dla strudzonego długą podróżą przez skwarną pustynię wędrowca. Szczerze lubił swego przyjaciela młodości i teraz ten stosunek przyjaźni odnowił i wzmocnił, był pełen szacunku dla jego żony, polubił dzieci, a o tej skromnej śpiewaczce, która w tak stanowczy sposób odrzuciła jego rady, marzył i myślał nieustannie... Gdy nadeszła chwila odjazdu, gdy miał opuścić leśne ustronie, a gospodarz zapraszał, żeby pamięć o jego chatce ubogiej zachował, wziął go na stronę i drżącym ze wzruszenia głosem, rzekł.
— Słuchaj Antosiu... jabym tu bywał co tydzień, co dzień bym przyjeżdżał... gdybym wiedział, że siostra twojej żony nic mieć przeciw temu nie będzie.
Gospodarz na szyję mu się rzucił...
— Ah, mój drogi! — zawołał — takie szczęście dla biednej dziewczyny... lecz zastanów się, pomyśl... wszak możesz na wielkim świecie...
— Dajże mi pokój. Ona ma słuszność, wielkość naszego świata zależy od granic, jakie sami zakreślamy w naszych marzeniach...
— Więc przyjeżdżaj, przyjeżdżaj, dom nasz i serca zawsze dla ciebie otwarte...
Nie upłynęły dwa tygodnie, kiedy znów pod niską strzechą leśnika rozlegały się tony cudowne, za które w wielkich miastach tysiącami płacono... niekiedy towarzyszył im śpiew i łączył się z niemi w zgodnej, słodkiej harmonji... W tonach jednoczyły się dusze i serca na życie, na śmierć, nazawsze...
Na jesieni artysta już był narzeczonym pięknej śpiewaczki. Od chwili, w której zamienili pierścionki, mówiło jedno drugiemu po imieniu i snuli plany pięknej, rozkosznej przyszłości.
Dziewczyna postawiła jednak pewien warunek.
— Idę za tobą — rzekła — dokąd mnie zaprowadzisz, w świat, którego nie znam, ale przyrzeknij mi, że trzy miesiące do roku przepędzimy razem, tu... w tej głuszy leśnej...
Przyrzekł i słowa dotrzymał. Corocznie pod sklepieniem starych sosen odpoczywa po trudach gorączkowego życia i błogosławi przypadek, który go w tę głuszę leśną zapędził...