Strona:Klemens Junosza - W głuszy leśnej.djvu/16

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

brzegom... Rozbujają się one na piasku i pozostawiają po sobie białą pianę... Historja podwodnego miasta ma podobno jakiś związek z ruinami, a raczej ze szczątkami ruin, które niebawem zobaczysz.
— Zaciekawiasz mnie... Opowiedzże proszę...
— Niech mnie wyręczy siostrzyczka, — rzekł leśnik... — Ona z wielkiem zajęciem słucha opowiadań kobiet, a że ma pamięć doskonałą, więc jest żyjącą księgą legend tego lasu. Opowiedz, Andziu, historję podwodnego miasta i zamku.
Dzieweczka zarumieniła się i spuściła oczy.
— Dobrze, — rzekła — opowiem, ale przy zwaliskach gdy już będziemy na lądzie.
— Dlaczegóż nie teraz?
— Bo łatwiej będzie opowiadanie zrozumieć. Trzeba z pomnikiem odtwarzać historję, — dodała z uśmiechem. — Uprzedzam zawczasu, że historja będzie smutna, bardzo smutna, jak wszystkie prawie podania ludowe.
Łódź była już blisko brzegu.
Po kilku minutach ukazał się oczom gościa widok niespodziewany. Poza grupą drzew starych, potężnych, było niewielkie wzgórze, a na niem wznosiły się ruiny dawnego zamczyska.
— Otóż jesteśmy u celu! — zawołał gospodarz, — wysiadajmy i chodźmy do zwalisk... podobno pod niemi istnieją podziemia i ciągną się bardzo daleko... Nie badałem, czy to prawda, bo i nacóż? Wejście niemożliwe, stare mury zawaleniem grożą, a mnie nie jest tak źle na świecie, żebym miał dla próżnej ciekawości życie narażać... Zresztą — dodał z uśmiechem — tam jest djabeł... Siedzi na straży skarbów i biada śmiałkowi, któryby się odważył wtargnąć do jego siedziby... Gnieżdżą się tam tylko nietoperze, a nocami na zwaliskach siadają puszczyki i jęczą żałośnie. Raz wracałem tędy późnym wieczorem... nie lękam się strachów, a jednak dziwnego doznawałem wrażenia.
Usiedli wszyscyna głazach.
— No, Andziu — rzekł leśnik, — opowiedz nam teraz legendę.
Dzieweczka zarumieniła się powtórnie i po chwili namysłu mówić zaczęła.
— Tu, gdzie jest jezioro, było niegdyś duże i ludne miasto, miasto bogate, z pałacami, kościołami i wieżami. W sąsiedztwie znajdował się zamek, przy którego ruinach właśnie jesteśmy. Mocny, warowny zamek. Pan jego był także i panem miasta — wszyscy mu służyli. Trzymał przy sobie rycerzy, w zbroje zakutych, i na okolice szerokie siał postrach. Nie przejechał spokojnie żaden podróżny, ani kupiec, bo wnet wypatrzono go z zamku, i rycerze ci ścigali go, chwytali i albo znaczny okup, albo głowę dać musiał. Mimo to jednak kupcy ściągali do miasta, nęciła ich chęć zysków... więc opłacali się pachołkom, znosili klejnoty do zamku, i pozwalano im się w mieście osiedlać. Pan zamku, stary był człowiek i straszny, z twarzy do ptaka drapieżnego podobny, a i z obyczajów także. Ludzie bali go się, jak ognia, a kiedy pokazał się w mieście, chowali się przed nim po rozmaitych kryjówkach. Jeden kupiec, który opłaciwszy znaczny okup, w mieście osiadł i handel tam prowadził, miał córkę jedynaczkę, osobliwszej urody.
— Ach, więc mamy i romantyczną stronę legendy, — rzekł gość.
— Zapewne, można ją i tak nazwać... jak się komu podoba, — odrzekła. — Więc, jak mówiłam, kupiec ten miał córkę, dziewczynę niezwykłej urody. Przywiózł ją z sobą ze stron