Strona:Klemens Junosza - W głuszy leśnej.djvu/11

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

to wewnętrznego zadowolnienia nie daje. Oklaski, jakie zbieram, nie mogą zagłuszyć we mnie wewnętrznego głosu, który powiada, jak m dużo, dużo brakuje. Jabym miał tyle do wypowiedzenia, do wyśpiewania... a nie mogę; przychodzą chwile zupełnego zwątpienia i rozpaczy. Zdaje się, że rozbiłbym skrzypce o kamień i poszedł drzewo rąbać...
— Co też ty mówisz...?
Artysta nie zdążył odpowiedzieć, gdyż rozległy się wesołe okrzyki i śmiechy. Zpoza krzaków, co się na polance rozsiadły, wybiegło dwoje dzieci, a w pewnej odległości za niemi ukazała się wysmukła postać kobiety.
— Otóż i moi — rzekł leśnik — ale nie wszyscy. Dwoje starszych dzieci i siostra żony; najmłodszy jeszcze biegać nie umie i ciągle się trzyma przy matce.
Dzieci z okrzykiem radości biegły ku ojcu i na tle zielonej murawy wydawały się zdaleka niby dwa duże motyle. Młoda osoba, ujrzawszy nieznajomego, zatrzymała się w niepewności, czy ma iść dalej, czy wracać.
Wahanie krótko trwało. Widząc, że dzieci już dobiegają do ojca i że będą miały opiekę, cofnęła się i szybko poszła ku domowi.
— Ha! spłoszyliśmy panienkę — rzekł leśnik. — Poszła widać uprzedzić żonę, że gościa mamy. U nas gość to dość rzadkie zjawisko, a zwłaszcza gość z wielkiego świata. Przedstawiam ci mego najstarszego syna i córkę. Pan Stefcio i panna Zuzia. No dziatki, przywitajcie się z panem.
Dzieci boczyły się trochę, ale nie upłynęło kilku minut i już były z nieznajomym w zupełnej zażyłości. Chłopiec opowiadał mu bardzo ciekawe szczegóły o małym koniku, który jada nietylko trawę, ale chleb i cukier. Dziewczynka ofiarowała artyście garstkę niezapominajek, świeżo właśnie zerwanych.

. . . . . . . . . . . . . . . .

Domek był drewniany, niski, otoczony dokoła drzewkami, widocznie zasadzonemi niedawno, gdyż jeszcze nie zdążyły się rozrosnąć i zgrubieć. Ganek i mała werenda tonęły w zwojach dzikiego wina, dającego cień i chłód miły podczas upałów... Woń rezedy, lewkonji, gwoździków, obficie na rabatkach rosnących, napełniała powietrza. Było tu miło, spokojnie, zacisznie...
Dzieci pobiegły do matki, a gospodarz wprowadził gościa do skromnego saloniku, którego całą ozdobą był ładny fortepian i biblioteczka pełna książek. Każdy sprzęt, gracik każdy błyszczał czystością; okna przysłaniały białe firanki i rośliny, estetycznie ugrupowane w koszykach.
Gdy weszli, gospodarz objął swego gościa i ucałował go serdecznie.
— Witajże mi, na tem miejscu — rzekł — drogi towarzyszu i przyjacielu z lat dziecinnych. Szczęśliwy jestem nad wyraz, że cię tu widzę... Spocznij między nami.
Potem wybiegł i po chwili powrócił, prowadząc z sobą młodą kobietę. Była ona w całym rozkwicie urody. Skromna perkalowa sukienka uwydatniała jej kształty dość pełne i zaokrąglone, twarz miała o rysach regularnych, oczy czarne, płomienne, ocienione długiemi rzęsami, bujne włosy, ułożone zgrabnie i wdzięcznie, zdobiły ładną jej głowę niby naturalną koroną.
Za panią domu weszła jej siostra. Ta znów była wysmukła, szczupła, również brunetka o dziwnie rozmarzonych oczach. Obie były