Strona:Klemens Junosza - Przy kominku.djvu/286

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

— Cicho, sza!... — zawołał Jankiel. — Chodź tu, Szmulku; ja widzę po twoich oczach, że zrobiłeś dobry geszefcik.
— Naprzód — rzekłem — oto jest wódka; niech rebe Jankiel pije na zdrowie i niech swoim delikatnym smakiem osądzi, czy jest dobra?
Stary pociągnął z flaszeczki jeden raz i drugi raz i powiedział:
— Na moje sumienie, to jest czysta, doskonała szabasówka.
— A teraz — rzekłem — niech rebe osądzi, czy to jest dobra dziesiątka.
Jankiel wziął pieniądz do ręki.
— No, no — powiedział, — abym tak dobre życie miał, jak to jest dobre, czyste, miedziane pięć kopiejek... Kto ci dał tę monetę, Szmulku?...
— Zarobiłem na wódce. Niech się rebe nie śmieje, rebe sam opowiadał o różnych spekulacyach w okowicie...
— Słuchaj — rzekł rebe groźnie — słuchajno, ty smarkaczu, jeżeli nie chcesz, żebym cię posądził, żeś ukradł komu dziesiątkę, to powiedz, skąd ją wziąłeś?
— Zarobiłem, uczciwie zarobiłem. Jak mi rebe dał niedobrą dziesiątkę, to ja poleciałem do szynku, w którym było dużo ludzi, i zacząłem krzyczeć, że mój tata bardzo chory, że doktor kazał przynieść dla niego wódki i że to bardzo pilno jest. Szynkarz, widać miłosierny człowiek, nalał mi prędko wódki i zgarnął pieniądz do szuflady — to już jest wódka...