Strona:Klemens Junosza - Przy kominku.djvu/287

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

— Ale niema dziesiątki!
— Zaraz będzie. Ja pobiegłem na drugą ulicę, stanąłem koło studni, poczekałem trochę i znów wróciłem do tego samego szynku z jeszcze większym gwałtem. Płakałem że mnie matka wybiła, bo doktor kazał przynieść pachnącej wódki z apteki, a ja przyniosłem zwyczajnej z szynku. Szynkarz miłosierny człowiek był, powiedział mi tylko, żebym na drugi raz lepiej uważał, co starsi do mnie mówią; wódkę wlał napowrót do gąsiora, a mnie oddał tę wielką, prawdziwą dziesiątkę.
— Ale nie masz wódki!
— Przecież rebe ją sam wypił i powiedział, że była dobra... Aj, aj! bardzo mi przykro, że rebe tak mało trzyma o mojej głowie. Czy ja byłbym taki głupi, żeby oddać szynkarzowi wódkę? Ja miałem akurat taką samą flaszeczkę z wodą; po to przecież chodziłem do studni...
Stary Jankiel pogładził mnie po głowie i powiedział:
— Szmulku, ty zajdziesz bardzo daleko, jeżeli się w drodze z kryminałem nie spotkasz...
No, ja szedłem, ja poszedłem i dość już daleko zaszedłem... Miliony mam majątku, ale tamtą pierwszą dziesiątkę bardzo lubię wspominać... To był śliczny początek...