Strona:Klemens Junosza - Przy kominku.djvu/269

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Rów był szeroki o brzegach niespadzistych, więc przeprawa żadnego nie przedstawiała niebezpieczeństwa i byłaby się doskonale udała, gdyby Jankiel zdał się na koński instynkt, ale jak zaczął spekulować na prawo i na lewo, biedka przechyliła się mocno na bok i cielak związany wpadł do wody...
Jankiel krzyknął z przestrachu i byłby wypadł również, ale cudem jakimś równowagę utrzymał. Uderzył z całej siły szkapę biczem, żeby biedę co rychlej na drugą stronę rowu wywlokła, i pomyślał, że za takie ładne cielę byłby dostał najmniej cztery ruble.
Cielę jednakże nie miało chęci marnie ginąć w wodzie; związane powrósłem słomianem za nogi, szarpnęło niemi instynktownie raz i drugi z całej siły i słabe więzy zerwało.
Przerażone wyskoczyło z wody i becząc przeraźliwie, popędziło w las.
To samo zrobił i Jankiel, skoro tylko z resztą towaru na ląd się wydostał.
Pozostawił szkapę z biedką i pobiegł gonić zbiega.
Trudna była to sprawa, cielę bowiem pędziło na oślep, a ciemność utrudniała pogoń. Była chwila, że Jankiel się zawahał i przypuszczał, że w cielęciu siedzi jaki zły duch, którego lepiej nie zaczepiać, ale wnet przyszła refleksya, że zły duch może siedzieć w cielęciu swoją drogą, a cztery ruble siedzą napewno swoją drogą, i że jeżeli dobrze jest złego ducha nie zaczepiać, to jeszcze lepiej czterech rubli nie stracić — gonitwa trwała więc dalej.