Strona:Klemens Junosza - Przy kominku.djvu/268

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została skorygowana.

    ominąć, postanowił więc ominąć... ale tu znowuż z jednej strony dróżki rów pełen wody, z drugiej krzaki tak gęste, że chcąc przez nie przejechać, można było narazić szkapę na postradanie jedynego oka, jakie jej z lepszych czasów pozostało.
    Jankiel zaczął mocno trzeć głowę i różne obmyślać projekty.
    Najwłaściwiej trzeba było zawrócić i tą samą drogą, którą się przyjechało, dotrzeć do gościńca, ale na gościńcu wielki piasek, i znacznie dalej tamtędy i trudno będzie zdążyć.
    Jankiel zaklął. Głupi, bezduszny kawał drzewa mógł mu zepsuć cały jarmark, zburzyć całkowicie obmyślane kombinacye...
    Spojrzał na prawo — woda, na lewo zagajnik sosnowy, zwarty, gęsty jak żywopłot. Przejechać przez niego ani marzyć.
    Woda wprawdzie nie może być głęboka, bo nie rzeka to, ani strumień, ale zwyczajny rów; zwykle bywa on suchy, teraz po burzy i ulewie napełniła go woda. Za dwa dni woda zniknie, ale za dwa dni będzie też po jarmarku.
    Jankiel biczyskiem badać zaczął, jak woda jest głęboka. Nie bardzo, trochę za kolana, nie będzie nawet do pasa, a za rowem las rzadki, można przeklęte drzewo objechać i na dróżkę się dostać.
    Wszystko to Jankiel szybko kombinował i postanowił, bądź-co-bądź, biedę swoją przez rów przeprowadzić; nie chcąc się jednak zamoczyć, ukląkł na workach i, nie dowierzając szkapie, wziął krótko lejce do ręki i sam ją na rów skierował.