Strona:Klemens Junosza - Przy kominku.djvu/259

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

Ludwik miał łzy w oczach.
— Jak pani myśli — spytał stary szlachcic — a gdybyśmy go zawieźli do córki?
Pani Rajtarska wstydliwie oczy spuściła.
— Panie dobrodzieju — rzekła — zrób to. Ten człowiek to mój ciężar. Jeżeli się mam panu przyznać otwarcie, to właśnie trafia mi się, za pozwoleniem pańskiem, kawaler. Nie porucznik wprawdzie, lecz gubernialny sekretarz, bo ja jestem na to grymaśna i człowieka z byle jaką rangą nie chciałabym za nic. Jest on nie pierwszej młodości i stateczny, kocha mnie, za pozwoleniem, serdecznie. Więc, jeżeli mam panu dobrodziejowi prawdę powiedzieć, jabym za niego wyszła... Nie wątpię iż pan rozumie, że w takich uroczystych chwilach, jak pierwsze miesiące młodego, kochającego się małżeństwa, obecność obcego, z przeproszeniem, mężczyzny, byłaby zbyteczną...
— Tak, tak, masz pani zupełną słuszność.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W chacie Ludwika jasno jest i wesoło. Słońce przedziera się przez gałęzie sosen, złotemi plamami pada na mech i paprocie.
Przed chatą siedzi Hania i szyje, u stóp jej na ziemi usiadł człowiek blady, z długą, szpakowatą brodą i palcami jakieś automatyczne wykonywa ruchy. Przędzie on złote promienie słońca dla swej córki na welon.
— Dobrze ci tu, ojcze? — pyta go Hania.