Strona:Klemens Junosza - Przy kominku.djvu/253

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

a zasiadłszy przy biurku, zaczął przeglądać i czytać papiery powoli i uważnie.
Na twarzy jego malowały się różne wrażenia ciekawość, zniechęcenie, to znów radosny jakiś blask w oczach.
Upłynęła godzina jedna, druga, trzecia, a on wciąż czytał i czytał. Nadeszła pora obiadowa, lecz nikt nie śmiał zapukać do drzwi, nawet żona.
Dopiero nad wieczorem wyszedł dziedzic ze swego pokoju. Milczący był, zachmurzony, kazał sobie coś do zjedzenia podać, a potem Ludwika zawołał.
Gdy gajowy wszedł do kancelaryi, dziedzic zamknął drzwi szczelnie i rzekł półgłosem:
— Dziwne bywają koleje losów, mój Ludwiku bardzo dziwne...
— Wielmożny pan czytał te papiery?
— Czytałem, czytałem wszystkie, co do jednego i proszę cię, mój Ludwiku, żebyś się na kilka dni, a może na tydzień w drogę wybrał, pojedziemy razem. Lasu tymczasem popilnuje kto inny.
— Dobrze, wielmożny panie, jutro będę gotów — rzekł Ludwik.
— Ale pamiętaj, nie mów nikomu, nawet żonie swojej, ani słowa.
— Słucham, wielmożny panie, będę milczał jak pień.
— Dobrze więc, a teraz idź z Bogiem.
Ludwik jednak nie ruszał się z miejsca.
— Wielmożny panie — rzekł, kłaniając się dziedzicowi do kolan — wielmożny panie, jedno słowo jeszcze; toż to dziecko jak moje własne...