Strona:Klemens Junosza - Przy kominku.djvu/251

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

— Nie będzie, już tu raniutko był cygan o deski na trumnę prosić... dałem desek, a ekonom zawiadomił wójta; cygan kilka tygodni już chorował podobno, więc kwestyi z pogrzebem nie będzie.
Powiedziawszy to, dziedzic zwrócił się do ekonoma i dyspozycye jakieś mu dawał, Ludwik zaś stał wciąż przy drzwiach, przestępując z nogi na nogę.
Nie uszło to uwagi dziedzica.
— Ty masz do mnie jakiś interes, Ludwiku?...
— Niby, proszę wielmożnego pana — rzekł nieśmiało.
— No mów, czegóż się wstydzisz?
— Wielmożny panie, to jest taka rzecz, którą tylko w cztery oczy powiedzieć mogę.
Dziedzic spojrzał na niego z pewnem zdziwieniem, odesłał ekonoma i karbowego, żydom kazał przyjść trochę później, a zasunąwszy w drzwiach zasówkę, usiadł w fotelu i rzekł:
— No, jesteśmy teraz w cztery oczy, mój Ludwiku.
Gajowy zbliżył się i półgłosem opowiadać zaczął przygody nocy ubiegłej, wyznanie cygana, historyę pożaru, ukradzenie dziecka; opowiadał to, nie pominąwszy żadnego szczegółu, a dziedzic słuchał uważnie, z wrastającem ciągle zajęciem. Nareszcie w konkluzyi Ludwik rzekł:
— Proszę wielmożnego pana, miarkując po czasie, kiedy to się stało i kiedy to wielmożny pan tego dzika zabił, to owo ukradzione dziecko pewnikiem nie będzie insze, ino moja Hania sierotka.
— Czarna Hania?...