Strona:Klemens Junosza - Przy kominku.djvu/211

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

bzu i jaśminu. Wyborna kryjówka dla złodziei! Nieco dalej w ogrodzie sadzawka, zapleśniała, zielona, ponura jak dzieciobójstwo, za nią drzewa różne, a wśród nich jedna lipa z uschłą gałęzią, istne pokuszenie dla samobójców. Trawniki bez śladów stopy ludzkiej, lub ze śladami starannie wygładzonymi, co zdaje się prawdopodobniejsze. Za parkanem z jednej strony droga publiczna, z drugiej mała rzeczułka, z trzeciej pole i las, a z czwartej nasz dom i dziedziniec. Zanotowałem w myśli te szczegóły.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Pierwszy obiad sam-na-sam.
Mania wygląda bardzo ładnie i nalewa chłodnik; usługuje Marysia. Zwróciłem się do niej z zapytaniem, kto tu gotuje? Odpowiedź była niejasna i wymijająca. Pozostawiłem dalsze badania na później.
Zjadłszy chłodnik i wypiwszy kieliszek madery, przysunąłem się z krzesełkiem do żony, z zamiarem złożenia na jej buzi pocałunku. Zmieszała się nadzwyczejnie; zauważyłem w niej pewien niepokój, na twarzy mocne rumieńce, w oczach łzy, które zresztą natychmiast otarła i usiłowała się uśmiechnąć.
Odsunąłem się z krzesłem i zacząłem jeść kurczę z sałatą, milcząc i nie spuszczając z Mani wzroku, tego magnetycznego wzroku, który już wielu zbrodniarzy zmusił do wyśpiewania prawdy.
Na Manię podziałał on inaczej. Po obiedzie przeszła do salonu i usiadłszy przy fortepianie, wy-