Strona:Klemens Junosza - Przy kominku.djvu/167

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została skorygowana.

    szacownego listu, nie pociłby się z radości i gorąca, nie zdjąłby z siebie kapoty, wietrzyk nie figlowałby z pęczkami nitek przy jego starożytnej szacie — i wszystko byłoby po dawnemu, zwyczajnie, szaro.
    Teraz jest jasno w duszy Mośka i w jego umyśle. Świeci wspaniale słońce nadziei, na twarzy Mojsia wywołuje uśmiech, w jego sercu rozbudza nadzwyczajne pragnienie, w głowie wytwarza żwawy, szybki ruch myśli. Teraz Mojsie już wie przynajmniej, że jest Mojsie, osoba, że coś na świecie znaczy — a dotychczas był wart, prawdę powiedziawszy, nic... był łapserdak, tyle tylko, że z porządnej familii.
    I tą zmianę, tak ważną, tak pożądaną zrobiła kobieta. Bywały już takie zdarzenia w historyi i zapewne mogą się przytrafić w przyszłości, stąd płynie jasny wniosek, że szczęście obiera sobie różne drogi, jeżeli do człowieka chce przyjść, że nie waha się nawet wsiąść na tak rozhukanego i niesfornego konia, jak język niewieści. Szczęście, jako pojęcie oderwane, jako przedmiot bez ciała i bez kości, może jeździć na takim dzikim rumaku, aczkolwiek nikt nie jest w stanie zaręczyć, czy nie naraża się przez to na wielkie utrzęsienie i skutki z niego wynikające. Zdaje się, że szczęście Mojsia było też utrzęsione.
    Abram napisał list, a w tym liście... To jest piękna historya, chociaż krótka. Abram Friedland, mąż cioci Dwojry i Lejbuś Szwereluft, wcale nie krewny Mojsia, obcy człowiek, kupili do spółki resztkę przerzedzonego lasu w Przetaczkowie i zaraz mieli się zabrać do wycinania drzewa.