Strona:Klemens Junosza - Przy kominku.djvu/166

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

przyjemniejszego, aniżeli ordynaryjną tabakę. Nie zaszkodzi także przy okazyi pochwalić się takiem kuzynostwem — czasem to wyrabia kredyt, czasem przydaje się w innych celach. Trzymać się bogatych krewnych zawsze się opłaci — nie dziś, to jutro, nie jutro to za miesiąc, za rok, przecież kiedyś coś kapnie, zwłaszcza jeżeli człowiek jest uprzejmy, uczynny, chętny do rozmaitych posług za małe wynagrodzenie.
Mojsie Pomeranz czekał nie rok, ale dwadzieścia pięć lat — przez ten czas faktorował, nosił listy, posyłany bywał na zwiady, załatwiał różne drobne interesy, za co wynagradzano go oszczędnie, jak zwyczajnego człowieka. Te dochody były dla niego niby drobny deszczyk, który kapał od czasu do czasu po troszeczku, nie mając jednak wielkiego znaczenia na ogólną wegetacyę Mośka, Mośkowej i licznego ich potomstwa — ale przyszedł nareszcie czas na chmurę co się zowie, na rzęsisty deszcz, można powiedzieć nawet na ulewę, która pozwoli Mośkowi ruszyć się z miejsca, wzmocnić swoje siły i zakwitnąć jak słonecznik w chłopskim ogrodzie.
Ten list...
Wielka to zasługa ciotki Dwojry, że taką myśl szczęśliwą wujowi Abramowi podsunęła, wielka zasługa wuja Abrama, że do wspólnika swego Lejbusia napisał, ale największa zasługa Ity, zacnej małżonki Mojsia, bo żeby Ita nie lamentowała i nie płakała przed Dwojrą, to Dwojra nie byłaby prosiła swego męża Abrama, a żeby nie prosiła swego męża Abrama, to Abram nie napisałby do swego wspólnika Lejbusia, Mojsie nie niósłby w kieszeni