Strona:Klemens Junosza - Przy kominku.djvu/164

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

robocie i gorącu także nie występują we frakach i w białych krawatach.
Damy zajęte grabieniem siana znajdowały się w tak znacznej odległości od drogi, że choćby się nawet zarumieniły, Mojsie nie mógłby tego dostrzedz, a skoro nie mógł dostrzedz, to i nie mógł wiedzieć, że jego kostium zwraca uwagę. Nieświadomość w tym razie, jak i w wielu innych, grzechu nie czyni.
Zresztą ta kwestya umysłu Mojsia wcale nie zajmowała. Co mu do dam, do ich rumieńców, wreszcie do kostiumów, które przy grabieniu siana na nizkich i wilgotnych łąkach także nie są ściśle zastosowane do mody? Mojsie nie krawiec, żeby go moda miała interesować.
Dzięki niebu, nie trudni się on ordynaryjnem rzemiosłem, lecz oddaje się zajęciom o wiele delikatniejszym. Trochę czyta, trochę myśli, trochę handluje. Dotychczas nie wymyślił jeszcze nic takiego, czegoby ludzie już nie wymyślili, nie wyczytał, czegoby przed nim już nie wyczytano, ani nie zrobił majątku na handlu, jak inni — ale to nic... Mojsie żyje i nie traci nadziei, że jeszcze kiedyś, kiedyś zostanie wielkim bogaczem. Dlaczego nie? Teraz ma dopiero czterdzieści lat życia, to znaczy że przehandlował mniej więcej połowę swoich dni. Może druga połowa da się sprzedać drożej, bo, jak wiadomo, czas płaci, czas traci. Nieraz, po kilka lat z rzędu, żyto bywa za bezcen, nagle, ni stąd ni zowąd tak w górę podskoczy, że najwięksi ekonomiści chwytają się za pejsy z rozpaczy, że podobnego obrotu przewidzieć i zarobić na nim nie mogli.