Strona:Klemens Junosza - Przy kominku.djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

— Pamiętaj o tem, młodzieńcze — mówił nieraz do mnie, — że pozory mylą. Absolutnie nikomu wierzyć nie można. Nawet piorun nie jest wiarogodny, chociaż spada z chmur i, o ile można przypuszczać, nie dzieli się z ludźmi nieprawym zyskiem z występnej spekulacyi.
— Zdaje się jednak...
— Otóż to najgorsze, młodzieńcze, że ci się zdaje! — mówił mój zwierzchnik. — Pozbądź się tej wady, gdyż z nią do niczego nie dojdziesz, a w obronie pioruna nie stawaj. Ludzie są przewrotni, łatwo wśród nich może znaleźć się łotr, który podpali budynek podczas burzy, a winę spędzi na piorun. Widziałem ja już takich kawalerów... Podejrzliwość i ostrożność — oto hasło nasze!
Pomimowoli, pod wpływem szanownego swojego zwierzchnika, i ja stawałem się podejrzliwym, nawet na zabawach (młody jeszcze byłem wówczas), na wieczorkach tańcujących nie opuszczały mnie czarne myśli. Nie mogłem się zakochać, chociaż nie brakło pięknych panien... Alboż piękna nie potrafi podpalić?!
Na jednym balu miałem to szczęście, że sama pani dyrektorowa raczyła zwrócić uwagę na moją mizerną osobę. Była to dama w średnim wieku, dość korpulentna i jeszcze bardzo przystojna. Tańczyłem z nią walczyka, jak przystoi na dobrze wychowanego podwładnego, z głębokiem uszanowaniem, a zarazem z ogniem. Zdaje mi się, że tak samo zachowałby się młody Chińczyk, gdyby miał szczęście tańczyć z wyobrażeniem wielkiego smoka.