Strona:Klemens Junosza - Prawdziwa bjografja.djvu/4

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    wieku, o jednej z najpopularniejszych na bruku naszym postaci, aniżeli szkic o autorze.
    Bykowski był znany i lubiany głównie dla niezwykłego dowcipu, którym się odnaczał. Miał on humor jędrny i staroświecki, oryginalny; każdą śmiesznostkę w lot chwytał, a opowiadać i gawędzić umiał znakomicie. Od pierwszego wyrazu przykuwał do siebie uwagę słuchacza i porywał go oryginalnością wyrażeń, mnóstwem ciekawych a zręcznie splecionych szczegółów. Nieoceniony był, gdy rozmowa weszła na dawniejsze czasy i dawniejszych ludzi. Obdarzony wyborną pamięcią, obyty w świecie, pełen wspomnień... w towarzystwie męzkiem trochę rubaszny, wobec dam galant dawnego typu, był bardzo pożądany w każdem towarzystwie. Dowcipne jego słówka kursowały po świecie i podziśdzień przechowują się w pamięci. Z czasu pobytu jego w uniwersytecie kijowskim (chociaż już czterdzieści lat z górą upłynęło od tego czasu) krąży jeszcze mnóstwo anegdot i długo krążyć będzie... a któż z warszawian nie pamięta sławnej mowy hiszpańskiej, wypowiedzianej przed dziesięcioma zdaje się laty, na obiedzie jubileuszowym brandmajstra straży ogniowej Skowrońskiego? Wywołała ona wybuchy homerycznego śmiechu i przez długi czas o niej tylko mówiono w Warszawie...
    Bykowski w piórze był trochę rozwlekły, co go nieraz stawiało w kolizji z wymaganiami dzisiejszego dziennikarstwa, ubiegającego się za stylem błyskotliwym a zwięzłym... Często też redakcyjny ołówek przeorywał mocno jego artykuły. Aczkolwiek Bykowski nie miał wielkiej ambicji autorskiej, jednak było mu nieraz przykro, że jakiś „młodzik” kreśli jego pracę.
    Pamiętam, było to w redakcji Kurjera codziennego temu lat jedenaście, jeszcze za Karola Kucza, który wówczas właśnie ustępował z Kurjera i oddawał redakcję zięciowi, p. Józefowi Hiżowi. Wieczorem, przy lampie już, w ciasnym pokoiku redakcyjnym pracowało nas kilku, samych „młodzików”. Nawiasem powiedziawszy, prawie wszyscy zdążyli już posiwieć.
    Właśnie jeden z nas znęcał się nad artykułem pana Piotra, gdy niespodziewanie wszedł on sam w swojej własnej osobie.