Strona:Klemens Junosza - Monologi.djvu/81

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

mu, cieszą się z niego, dają mu obwarzanek, albo cytwarowy pierniczek, wieszają mu na szyi pieniądze. Jak ma dwa albo trzy lata, to jest cały gałgan: tarza się po ziemi, grzebie w śmieciach, a co tylko znajdzie, to lubi wsadzić do gęby, choćby to było największe paskudztwo. W trzecim sposobie, nim dojdzie do dziesięciu lat, jest niespokojny, jak dzika koza: lubi skakać, zrobić szkodę, zepsuć co — łobuz jest. W czwartym — to on się robi jak zbrykany koń bez uzdy, jak waryat, jeszcze gorzej niż mój dropiaty; później się żeni; jak się, ożeni, to ma już gratyfikacyę — wygląda jak, za pozwoleniem, osieł, co niesie ciężar na plecach. Dochowa się dzieci — to już szósty sposób, już się on robi jak pies i lata z wywieszonym językiem tu i tam, wącha, gdzie co złapać dla dzieci, które wołają tylko: „jeść gwałtu, jeść!“ Nareszcie zestarzeje się i wtenczas to już, z przeproszeniem pańskiem, wygląda jak cała małpa. To nie jest bardzo przyjemny interes, ale w tem szczęście, że te siedem procederów dotyczy tylko głupich ludzi, bo uczony człowiek nie wygląda nigdy ani jak koza, ani jak koń, ani jak osieł, ani jak pies, ani jak, broń Boże, małpa; ale jak człowiek, jak osoba; bo uczony im starszy, to mądrzejszy, a mądrość to samo złoto, same perły, sam najlepszy towar jest.