Strona:Klemens Junosza - Monologi.djvu/194

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

Weszła do pokoju, majestatyczna, szeleszcząca jedwabiem...
Spojrzała na moje szczątki śmiertelne, przeżegnała się, westchnęła i rzekła:
— O Boże! przebacz temu idyocie...
Były to najżyczliwsze słowa, jakie w życiu mojem z ust tej niewiasty słyszałem.

. . . . . . . . . . . . . . . .

Widzę, że ciało moje leży na stole sekcyjnym, a uczeni medycy, mający badać przyczynę mej śmierci, śmieją się, palą cygara, oglądają mój sztylet toledański po babce.
Wreszcie biorą się do rzeczy — oglądają ranę między żebrami i ze zdumiewającą bystrością sądu przychodzą do wniosku, że była ona zadana narzędziem ostrem. Następnie, wystudyowawszy wnętrze mej byłej osoby, piszą, że przyczyną mej śmierci było uszkodzenie lewej komory serca i wstrzymanie funkcyi tego organu. Uczyniwszy to odkrycie, kazali mnie pięknie zaszyć, zacerować, ubrać w garnitur frakowy i zalutować w metalowej trumnie.
Tak się też stało.
Duch mój widział to wszystko, asystował pogrzebowi, towarzyszył Anieli, która okropnie rozpaczała nad grobem.
W żałobie było jej prześlicznie. Doktor X. ratował biedaczkę.