Strona:Klemens Junosza - Monologi.djvu/193

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

drzewo — powiesiłbym się z przyjemnością; w podróży chciałbym się rzucić pod pociąg, a widok rewolweru robi na mnie takie wrażenie, jak beczka wódki na pijaku.
Ale po co? na co? z jakiej racyi?
Gdybym się nie oparł tej dziwnej manii, moja śliczna Anielcia umarłaby z żalu.

. . . . . . . . . . . . . . . .

Stało się!...
Śliczny sztylet toledański wsunąłem sobie pomiędzy czwarte a piąte żebro z lewej strony piersi, aż po samą cyzelowaną rękojeść. Wszedł w serce jak po mydle, prawie bez bólu... Zmarłem...
Nie wielka to sztuka, zaiste.
Umarłem. Ciało moje leży na aksamitnym szezlągu, martwiejące, sztywne, ale duch widzi wszystko doskonale...
Gwałt w domu; doktorzy, sąd, policya...
Anielcia płacze, ale jeszcze żyje... Nie zabiła się, ujrzawszy mego trupa, i spazmuje tylko.
Młody doktor X., który już raz leczył ją na nerwy, powiada, że to przejdzie... zwłaszcza przy energicznej kuracyi.
Kiedy się już wszyscy rozeszli i zwłoki moje złożono w trumnę, przyjechała teściowa...