Strona:Klemens Junosza - Monologi.djvu/192

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


szały, ażebym wziął nóż do ręki? Nie wiem, ale doznawałem prawdziwych pokus...
Może byłem ofiarą epidemii?... Codzień ktoś kończy samobójstwem... dlaczegóżbym ja?...
Raz powiedziałem do mej Anielci, gdyśmy się całowali przy oknie:
— A gdybym wyskoczył na bruk?!
— Umarłabym z żalu — odrzekła.
Po cóż ma umierać taka młoda, taka ładna kobieta?

. . . . . . . . . . . . . . . .

Chciejcie posłuchać mojej historyi.
Prababka moja pochodziła z Hiszpanii. W spadku po niej, między innemi, dostał mi się przepyszny sztylet toledański, arcydzieło prawdziwe archeologiczne; znawcy ofiarowywali mi za to cacko znaczną sumę, ale nie chciałem sprzedać. Pieniędzy nie potrzebuję, a sztylet zawsze może się przydać.
Żona moja mówi, że niema w gospodarstwie takiego mebla, któryby się na co nie przydał. Moja śliczna Anielcia! ona ma zawsze słuszność.
Gdy kraję kuropatwę przy obiedzie, mam ochotę poderznąć sobie gardło; gdy zatapiam widelec w białej piersi indyka, aż mnie coś korci, żebym własną pierś przebił. Gdy idę nad rzeką — nęci mnie toń wody. Gdy widzę