Strona:Klemens Junosza - Monologi. Serya druga.djvu/60

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

cią nie wracają, a Maryanna musiała kogoś spotkać. Ta dziewczyna ile razy jest posłana po jaki pilny sprawunek, tyle razy musi, ale to musi koniecznie, trafić na pożar i zobaczyć wszystkie pięć oddziałów straży ogniowej. O, już to ja mam wogóle szczęście do sług!
Panienki nie wracają, Maryanna na pewno przy ogniu, a niegodziwy zegar nie idzie, ale leci jak waryat!
On się chyba spieszy, ale nie (idzie do okna), u zegarmistrza vis-â-vis zegar wskazuje to samo co do minuty.
Istna zmowa na moje nieszczęście...
Ach! byłabym zapomniała na śmierć. Me zapakowałam zarzutki koronkowej; zdaje się, że została w szafie... ale... co ja mówię!? Wzięłam Tak, tak, jest w największym kufrze.
W głowie się mąci, doprawdy!
Dzwoni ktoś.
To napewno Kazia. Ta dziewczyna jest dziwnie punktualna. Eh, złudzenie! Szlifierz dzwoni na podwórzu, a mnie się zdawało, że to ona w przedpokoju.
Zostaje dziesięć minut czasu. Nie sposób ułożyć reszty rzeczy, znieść do dorożek, ubrać się, włożyć rękawiczki, zapowiedzieć Wojciechowej, żeby się ani jednego razu przez lato nie upiła, żeby codzień sprzątała, podlewała kwiaty, dawała jeść kanarkom...