Strona:Klemens Junosza - Monologi. Serya druga.djvu/37

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

grożą, bywa i taki, co rękę podnosi... Myślałby kto, że się obrażam, że wyzywam niegrzecznych na pojedynek... Przepraszam, albo się jest specyalistą, albo się nim nie jest. Otóż ja, szczerze mówiąc specyalistą od pojedynków nie jestem i nie wdaję się wogóle w takie głupstwa. Przeciwnie, zawsze chętny do zgody, mogę nazajutrz dać buzi moim adwersarzom, o ile, naturalnie, wynagrodzą mi wyrządzoną przykrość. To trudno, każdy medal ma dwie strony, a każda specyalność swoje przyjemności i nieprzyjemności, więc się godzę — i nie koniec na tem... Gdy się który z moich gości zgra do nitki, kto mu przyjdzie z pomocą, jeżeli nie ja? Kto ułatwi mu sprzedaż pierścionków, zegarka, zbywającej garderoby? Ja i tylko ja.
Kto zna wszystkie lombardy, wszystkich lichwiarzy pożyczających młodzieńcom niezupełnie jeszcze pełnoletnim, nie pytających się o ścisłą autentyczność podpisów, nabywających spodziewane sukcesye, jak niedojrzale zboże na pniu? Ja, tylko ja... Uczynność moja jest bez granic, a przyjaźń sięga aż do ostatniego rubla, ma się rozumieć, nie mojego, lecz owego młodzieńca. Gdy i tego zbraknie, nie pogardzam moim byłym przyjacielem, nie robię mu żadnych wymówek, ale poprostu nie znam go.
Powiedzcie państwo sami, czy można znać człowieka nie mającego rubla? Mnie, specyaliście,