Strona:Klemens Junosza - Monologi. Serya druga.djvu/24

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

siódmy dom, ja w tę kochaną architekturę wsadziłem cokolwieczek kapitału, ja parzyłem się na gorącem, ja dmuchałem na zimne... mam smak... Ja się znam, ja lubię czysty gotyk. To jest śliczny styl... można dać wązkie okna, nie potrzeba dużo światła. Pan radca lubi się upierać przy powietrzu... Czy ja żałuję lokatorowi powietrza? Owszem niech on sobie idzie na spacer; ma Saski ogród, ma Łazienki. Czy ja jemu odbieram światło? Niech pali dwadzieścia cztery lampy... co mi do tego? Musi być cztery pokoje i pasaż, proszę pana radcego, to jest konieczne... ja bardzo lubię pasaż. Nie będzie ciasno, na moje sumienie, ja sam mierzyłem. Tam jedna kobieta, choćby otyła, zmieści się, i jeszcze może postawić dwa kuferki nieduże. Na kuferki położy trochę materacu, na materacu sama siebie... może ślicznie spać. Ja sam nie mam takiej wygody!
Proszę pana radcego, koniecznie cztery i koniecznie pasaż. W stołowym będzie ciemno? Dlaczego? Ta ściana od oficyny, co pan radca powiada, że zasłoni, ona nic nie zasłoni, owszem, ona nie dopuści za nadto wielkiej reparacyi słońca. Czy to przyjemnie, jak słońce w same oczy świeci? To bardzo niemiło, trzeba roletę sprawić... Niech pan rachuje, że to im zrobi dużę oszczędność. Pan radca mówi, że te ściany będą pod kątem piętnaście; a ja sumiennie zaręczam, że tam będzie jeden i to bardzo maleńki kącik. Ja się znam, ja