Strona:Klemens Junosza - Monologi. Serya druga.djvu/14

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

dług pobicia. Nie było żadnego pobicia. Niech tu choćby pięciu dochtorów stanie; wszystkie gnaty mogą w nim porachować, czy który przetrącony, albo wykręcony! A ja sam mam krzywdę, bo za wieprzaka dostałem jedenaście rubli, we dwóch papierkach, niby jeden czerwony, a jeden żółty — i to mi ktoś ukradł — żaden dochtór tego nie znajdzie.

(Chwila przerwy).

Ano, juści sprawiedliwie prześwietny sąd powiada, żeby gadać, jak było; ja też gadam po porządku... Szliśmy na jarmark... trzech nas było gospodarzy sprawiedliwych: Michał Dzięcioł, Wojciech Balasiński i ja...
Gdzieśmy wstępowali po drodze? A dyć wstępowaliśmy w Wólce do karczmy, według tego, jako na świecie był ziąb. Na jarmarku piliśmy z rzeźnikiem litkup u Abrama. Godny rzeźnik, grubaśny taki oto...
A potem? A juści, przeświętny sądzie, z Balasińskim u Judki, a z Dzięciołem u Michla... Sąsiady to dobre, niby Balasiński i Dzięcioł. Piło się z jednym osobliwie i z drugim osobliwie, a potem zeszliśmy się wszystka trzech koło mostu u Srula i piliśmy w kupie. Na to jarmarki są, żeby sobie gospodarze mogli czasem grzdyki przepłukać.
A! dyć słucham, przeświętny sądzie, opowiadam jak było od początku... Szliśmy sobie na