Strona:Klemens Junosza - Milion za morzami.djvu/9

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została skorygowana.

    — Widać masz słaba nerwy, — rzekł szlachcic.
    — Słabe, bardzo słabe. Przeszłego roku jeździłem nawet do Buska, piłem moralne wody, kosztowało mnie siedemset złotych, ale mówmy o interes, to jest bardzo krótkie gadanie, wie pan co ja myślę?
    — No cóż?
    — Pan ma młynek na Strudze, ja mu wezmę na trzy lata.... po sto rubli....
    — Bój się Boga człowieku, wczoraj dawali mi po dwieście....
    — Oni kapcony są, oni dawali, ale nie dali; — jak pan chce żeby panienka sobie nie obudziła, to pan komornik napisze pocichutku kontrakt i będzie skutek....
    — Ja ci po sto rubli młyna nie puszczę....
    — Nie, to nie, pan myśli, że ja jestem egzekucya? ja jestem sobie uczciwy kupiec, ja panu nie namawiam, ten młyn to wielkie gałgaństwo, jak wody nie ma, to się w nim koło nie obraca. Niech pan robi zajęcie, — dodał, zwracając się do komornika, — ja jeszcze dziś muszę być na jarmarku w Moczymordach.
    Komornik odkalsznął i spojrzał w sufit, jakby tam szukał natchnienia do napisania protokułu.
    — Daj po tysiąc złotych, — rzekł Prawdzicki.
    — Ja panu co powiem, ja jestem człowiek delikatny, ja nie lubię zrobić komu przykrość, ja panu dam po sto pięć rubli i napiszemy kontrakt na trzy lata. Ja to tylko dla pana zrobię, ja sam będę na tém stratny. Tylko ja mam zięcia, on jeszcze bardzo głupi jest do interesów, taki fylozof, osioł jest! to niech on siedzi na młynie. Mnie serce boli jak ja widzę pańskie martwienie.... Niech ja stracę.
    Po długich targach stanęło na tém, że pan komornik napisał kontrakt dzierżawy młyna na lat trzy, po sto dwadzieścia rubli rocznie. Z sumy téj niby wypłaconéj z góry, strącał się dług, procent i koszta.
    Prawdzicki wiedział, że na trzy lata pozbawiał się stałego dochodu, ale zarazem pragnął za jakąbądź cenę oszczędzić dziecku swemu bolesnego wrażenia. Przecież ona przyjechała do domu dla odpoczynku, po całym roku ciężkiéj, mozolnéj pracy.
    Ojciec nie wstydził się swéj niedoli przed światem, ale radby pod ziemię ukryć ją przed córką, przed tém jedyném dzieckiem, które kosztem życia własnego nawet radby otoczyć dostatkiem, rozkoszą i wygodami wszystkiemi.
    — Ja wiedziałem, — mówił Icek z rozpromienioną twarzą, — że między dwa porządne osoby, to zawsze będzie skutek. Bo na co my mamy sobie kłócić? Niech pan jeszcze dopisze: dla młynarza pięć morgi ogrodu, zimowisko na cztery krowy, trochę drzewa na opał, a jakby było potrzeba na reperacye...
    — Dosyć! na miłość Bozką, niedługo zechcesz żebym ci całą Dębiankę do tego młyna dopisał.
    — Fe! co pan sobie kpi odemnie, co mnie po wieś, co jabym robił z całą wieś? ja nie chcę być obiwatelem.... no, no, szojn, niech pan podpisze, niech już będzie moja krzywda.
    Prawdzicki już wziął za pióro, lecz w téj chwili drzwi się otwarły i młoda osoba, w skromnéj czarnéj sukience, szybkim krokiem zbliżyła się do stołu