Strona:Klemens Junosza - Milion za morzami.djvu/7

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została skorygowana.

    czył idyllę życia, przeszedł dramat i dziś jest w dobie wspomnień.
    On już kochał i opłakał to co kochał, pogrzebał swe szczęście wraz z młodą żoną, która zmarła przed kilkunastu laty pozostawiając mu w spuściźnie wątłą i słabą istotę, uśmiechającą się rozkosznie w kołysce w téj saméj chwili, w któréj ostatni gwóźdź wbijano w wieko trumienne przykrywające jéj matkę....
    Niemowlę śmiało się w pierwszych chwilach sieroctwa....
    Dziś ta sierotka wyrosła już na pannę, ojciec z wielkiemi trudnościami zdobył się na jéj wykształcenie, a ona nie chcąc być mu już daléj ciężarem, pomimo prośb i przedstawień ojca, została nauczycielką i cały rok już pracowała nad cudzemi dziećmi.
    Obecnie, na czas wakacyjny przyjechała wypocząć do domu i oto przyczyna, dla któréj pan Józef pieszczotliwie spogląda na drzwi, poza któremi jego jedynaczka spoczywa....
    Tymczasem po drodze od miasteczka toczyła się duża bryka, w trzy chude szkapy zaprzężona.
    Na bryce oprócz żydka woźnicy z rudą brodą, siedziało czterech ludzi.
    Na siedzeniu, z prawéj strony, człowiek suchy jak żerdź, z nosem ostro jak u ptaka zakończonym, z małemi faworytkami i bez wąsów.
    Spiczasta głowa tego człowieka chowała się w wielkiéj czapce z zielonym lampasem, a broda kryła się całkiem w fontaziu mantynowéj chustki.
    Obok niego siedział gruby izraelita, z krótką brodą i nader ruchliwemi oczkami.
    Obadwa głośno rozmawiali ze sobą, spoglądając na ubogie strzechy zabudowań w Dębiance, które z daleka już widać było.
    Na przodzie usadowiło się dwóch ludzi, jeden z granatowym, drugi z czerwonym nosem, jeden z okiem podbitém, drugi z podwiązaną gębą.
    Obdarci ci obywatele podobni byli raczéj do emigrantów z rot aresztanckich, aniżeli do ludzi mogących używać swobody i jeździć na jednéj bryczce z tak porządnemi ludźmi jak człowiek z lampasem i pan Icek Zweinos, wielki kupiec z małego miasteczka.
    Wejrzenia ich idiotyczne, błądziły po polach, a w ustach trzymali cygara tak wonne, że aż psy w całéj gminie kichały od tego zapachu.
    Obywatele owi podróżowali zawsze z panem Serwacym Tradulskim komornikiem, który wyjeżdżając na czynność, zwykł się był uderzać po kieszeniach, recytując głośno spis wszel-