Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/99

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— To jeszcze lepiej. Otóż radziłbym porozumieć się z nim i sprzedać co prędzej las.
— Las sprzedać?! Co pan mówisz?!
— Dobrze mówi pan Kaliciński, bardzo dobrze — odezwała się ciotka, nie mogąca już dłużej niezadowolenia swego ukrywać. — Ślicznie mówi! stokroć lepiej albowiem jest sprzedać drzewo i pieniądze do kieszeni schować, aniżeli pozwolić je rozkraść bezkarnie i dopłacać do każdej sztuki po rublu.
— Cioteczko — wtrąciła Julcia — ja rozumiem sposób postępowania Wiktora, on pragnie za pomocą łagodnych, serdecznych, przyjacielskich środków, wywrzeć dodatni wpływ na tych ludzi. Wiktor ma cel szlachetny, a takie postępowanie, jako obywatelowi kraju, przynosi mu zaszczyt. Wiktor, cioteczko, pragnie...
— Tak, on pragnie, ale zamiast osiągnąć to, czego pragnie, rozzuchwali tylko złych, a nawet tych, którzy dobrzy są i uczciwi na złą drogę wprowadzi.
Na bladą zwykle twarz Wiktora, wystąpiły silne rumieńce.
— Więc państwo mniemacie — zawołał — że człowiek jest z gruntu zły i przewrotny, że za dobre odpłaca złem, za chleb kamieniem? Kto was tego nauczył? Na jakich podstawach opieracie swoje twierdzenia?
— My nic właściwie nie twierdzimy — odezwał się Kaliciński, ale widzi pan, są rzeczy, które...
— Tak, tak... Wy nie twierdzicie, ale moje najlepsze chęci, moje pragnienia najszczersze, natrafiają