Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/98

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Chłopi wyszli, gajowy został jeszcze.
— Na cóż czekacie? — spytał Wiktor.
— Proszę wielmożnego dziedzica, według dyspozycyi.
— Co do czego?
— Co ja mam teraz robić, jakby na to mówiący, była znów kradzież w lesie?
— Bądź spokojny, mój przyjacielu, jestem pewny, że po dzisiejszej nauce, ani jeden patyczek z lasu nie zginie.
Gdy gajowy wyszedł, Wiktor uśmiechnięty, zadowolony z dokonanego dzieła, zwrócił się do Kalicińskiego z zapytaniem:
— Jakże szanowny sąsiad uważa mój system postępowania z ludźmi? co do mnie albowiem, jestem najmocniej przekonany, że tą drogą jedynie można chłopa zrobić takim, jakim byśmy go widzieć pragnęli.
Kaliciński ociągał się z odpowiedzią.
— Hm — rzekł po chwili namysłu — nie ma co mówić, system jest piękny. Powiedziałbym nawet, że bardzo piękny, tylko dodałbym, to jest poważyłbym się dodać do niego jedną radę...
— Naprzykład?
— To jest, proszę się nie obrażać, jak honor kocham, przez życzliwość tylko dla sąsiada dobrodzieja...
— Ależ nie obrażę się, słucham.
— Jest tu niedaleko w Bosychkaczkach żyd jeden, pieniężny człowiek, Jojna Imbryk, na honor tak się nazywa, jak zbawienia pragnę.
— Znam go przecież.