Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/79

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Moje dzieci — rzekła ciotka — nie znacie wiejskich żydów. Wszyscy oni tacy; to już nie od dzisiaj. Zawsze tak po wsiach bywało, że żyd do dworu nowinki przynosił, a dawniej jeszcze, gdy tyle gazet nie istniało, to wszystkiego dowiadywano się od żydów. Mój ojciec nieboszczyk, a trzeba wam wiedzieć, że był zawzięty polityk, zawsze żydowi więcej wierzył niż gazecie.
— Zdaje się, że cioteczka wzięła tę wiarę w spadku — rzekł z uśmiechem Wiktor.
— Tak, tak — dodała Julcia — pan Imbryk dostał się też na indagacyę nie żartem.
— Śmiejcie się, moje dzieci, ale ja swoje zrobiłam, wiem przynajmniej w jakiem sąsiedztwie jestem i czego mam się trzymać, z kim żyć, a kogo omijać...
— Dla czego omijać?
— No, przyznacie sami, że z tym panem Kalicińskim z Toczków, który ciągle się żeni, a nie może się ożenić, nie chciałabym zawierać bliższej znajomości.
— Kto wie, moja ciociu — rzekł Wiktor — a może właśnie Julcia położy kres męczarniom tego biednego młodzieńca.
— Dajże mi pokój, mój kochany. Tego jeszcze brakowało, żebyś mnie przyczepił do tekstu jakiejś anegdotki żydowskiej, rozśmieszającej wspaniałe miasto Bosekaczki.
— No, nie gniewaj się, siostruniu, to żarty...