Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/78

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ile lat?! Kto to wie? Niech on sobie żyje drugie tyle i więcej; on teraz ciągle czyta, ciągle czyta, a u nas to wielki honor jest, jak kto w domu tylko świętych ksiąg pilnuje.
— No, napijże się herbaty, panie Jojna, poczęstowałabym cię czem lepszem, ale wy u nas nie jadacie.
— No, co zrobić, proszę wielmożnej pani, każdy musi swój zakon utrzymywać.
Jojna z nieśmiałością, na brzeżku krzesła usiadłszy, herbatę wypił, potem kłaniając się, jeszcze raz szczęścia nowym dziedzicom życzył, i wgramoliwszy się na swoją biedkę, odjechał.
Tymczasem mrok już zapadł zupełny, na niebie zajaśniały gwiazdy, łagodny wiatr przynosił zapach kwiatów z łąk skoszonych świeżo.
W pokoju zapalono światło i wszyscy z werendy tam przeszli.
Julcia od śmiechu wstrzymać się nie mogła.
— Zabawny jest ten pan Jojna Imbryk — rzekła — ze swojemi sądami o ludziach, z mową pełną przeróżnych sentencyj. Siliłam się na powagę, żeby się głośno nie rozśmiać, a ciocia umyślnie podtrzymywała rozmowę i wyciągała żyda na słówka.
— Co prawda — wtrącił Wiktor, nie przyszło to z trudnością, bo też ów Imbryk jest bardzo gadatliwy. Istna szkatułka grająca, aby tylko nakręcić, brzęczy bez końca.