Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/80

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ja was pożegnam, moje dzieci — rzekła ciotka — wstaję teraz tak rano, że nie mogę wieczorami dotrzymywać wam towarzystwa.
— Bo też ciocia niepotrzebnie doprawdy, zrywa się o wschodzie, jest przecie klucznica, tyle służby.
— Ach, moja droga, komu to dziś można wierzyć? Dobrzebyśmy wyszli, zdawszy się na łaskę tak zwanej służby. Ale dobranoc, i wam również nie radzę długo siedzieć, lepiej wstać rano, po gospodarsku.
Gdy ciotka wyszła, Julcia rzekła do brata:
— Wiesz co, Wiktorku, że wcale nie mam intencyi iść za radą ciotki, jeszcze nie mogę bowiem pozbyć się miejskich przyzwyczajeń. Jeżeliś łaskaw, chodź ze mną do ogrodu, pogawędzimy, podumamy trochę.
— A i owszem, noc piękna, chodźmy.
W ogrodzie klomby róż roznosiły upajający zapach, stare drzewa szumiały poważnie, z oddalenia dolatywał turkot kół młyńskich i szum wody spadającej ze szluzy.
Brat z siostrą w milczeniu przeszli kilkakrotnie przez główną, szeroką aleję, poczem usiedli na ławce.
— Jaka ja jestem szczęśliwa! mój braciszku — mówiła Julcia, kładąc rękę na ramieniu Wiktora — jaka jestem szczęśliwa, to opowiedzieć nie umiem! Pomijając to, że po kilku latach ciężkiego, mozolnego życia, walki o kawałek chleba i ciągłego niepokoju